Spacerki na zamówienie (prowadzący: przewodnicy udostępniani przez Fundację):

1. Warszawa Fryderyka Chopina
2. Skarby wilanowskie – opowieści frywolnych dam dworu
3. Kościół czerniakowski – barokowe światła i cienie wiejskiego kościółka
4. Cmentarz żydowski w Warszawie przy ulicy Okopowej
5. Ogród Saski z Wenus, Minerwą i Marsem
6. Ulica Chłodna z panną Andzią i Józiem od pączków
7. Lipcowe Święto 1952 roku. Za i przeciw warszawskiej MDM
8. Saska Kępa Agnieszki Osieckiej
9. Majówka z Canalettem
10. Praga żydowska Judyty i Szmula Jakubowicza zwanego Zbytkowerem
11. Łazienki króla Stasia
12. August II Mocny – Herkules Saski w Warszawie
13. Białe, czerwone, ruskie. Wspomnienie o Powstaniu Styczniowym
14. Gdy pasją polityka jest Warszawa, czyli jak Muranów budowano
15. Spacer ze Starym Doktorem
16. Spacer z katem
17. Warszawskie środki transportu miejskiego – podróż w czasie
18. Jak Ludwika Maria Gonzaga z potulnej żony w rządziochę transformowała
19. Co w trawie piszczy, czyli Park Skaryszewski


Ilość odwiedzin: 252849


Wspomnienia popowstaniowe

2011-10-29 00:27:42

 

Wspomnienia popowstaniowe.

 

 

  Kiedy wybuchła II wojna światowa mieszkałam z rodzicami w Warszawie. Ojciec mój, Antoni Boglewski był dyrektorem II Miejskiej Szkoły Rzemieślniczej. Szkoła ta mieściła się na Mokotowie przy ulicy Sandomierskiej. Mieszkaliśmy w przysługującym ojcu mieszkaniu znajdującym się w skrzydle szkoły od strony ulicy Reytana. W 1942 roku, okupanci przekształcili placówkę na szkołę niemiecką. Pomimo znajomości języka niemieckiego, ojciec zdecydowanie odmówił propozycji dalszego uczenia. Nie chciał uczyć w szkole niemieckiej. Poprosił władze Zarządu Miejskiego m.st Warszawy o oddelegowanie go do innej pracy. Został dyrektorem warsztatów samochodowych (był z wykształcenia inżynierem mechanikiem) Miejskiego Zakładu Oczyszczania Miasta i na tym stanowisku pozostał do wybuchu Powstania Warszawskiego w 1944 r. Warsztaty mieściły się blisko naszego domu na rogu ulic Sandomierskiej i Madalińskiego. W tym czasie ojciec brał udział w tajnym nauczaniu jak również w akcji wywożenia Żydów z getta, ukrytych w wozach na śmieci. Mama, Amelia z Zarakowskich zajmowała się wychowaniem malutkiej siostry Basi i mnie, kilkuletniej dziewczynki. Stanowiliśmy przeciętną warszawską rodzinę borykającą się z trudami okupacji.

 Moje wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej są wyrywkowe. Rodzice starali się chronić mnie przed okrucieństwami wojny. Pamiętam jak uczono mnie zachowywania się w schronie, którym były podziemia szkolne. Ucieczkę przed łapanką, w czasie mojej wyprawy z mamusią do śródmieścia. Ojciec brał udział w akcjach odgruzowywania. Opowiadał z przejęciem o wydobyciu spod gruzów rodziny zasypanej po wybuchu bomby w domu przy ulicy 6-go sierpnia. Wraz z innymi, wydobył nieżywych ludzi - rodzinę pochyloną nad dziecięcym łóżeczkiem. Zachowałam także w pamięci dzień, w którym matka bardzo przejętym głosem kazała mi uklęknąć i razem z nią się modlić. Zza okien słychać było strzały. Jak się później dowiedziałam, była to egzekucja przy bramie remizy tramwajowej, na ulicy Puławskiej, u wylotu ulicy Rakowieckiej. Po wybuchu powstania zaczęły się trudności z zaopatrzeniem. Matka piekła na blasze kuchennej podpłomyki, co dla mnie było smakołykiem. Rodzice zaczęli się przygotowywać na ewentualność opuszczenia domu. Uszyli z kapy wysoki plecak i coś w rodzaju juk, do przerzucenia przez ramię dla mamy. Uszyli też małą torebkę na mamusi kosztowności. Część z nich zaszyli w bezecu mojego płaszczyka. Razem z innymi mieszkańcami Mokotowa, zostaliśmy wypędzeni z domu pod koniec sierpnia. Szliśmy w dużej grupie mieszkańców pod eskortą niemieckich żołnierzy. Trasa wiodła ulicą Rakowiecką przez Ochotę do Dworca Zachodniego. Ojciec miał na plecach wspomniany plecak, mama, niewielką walizkę. Na zmianę nieśli młodsza siostrę i trzymali mnie za rękę. Ja niosłam pięciolitrową puszkę po marmoladzie wypełnioną do połowy cukrem. Słusznie, rodzice mając dwoje małych dzieci, uważali ten produkt za ważny. Bardzo się upierałam, żeby zabrać ze sobą drewniany wózeczek – zabawkę z moim ukochanym pieskiem z materiału. Mniej więcej w połowie ulicy Rakowieckiej, poganiani przez eskortę, rodzice kazali mi zostawić na ulicy moje ukochane zabawki. Płakałam, ale nie było na to rady. Dookoła szli wynędzniali i zmartwieni ludzie. Nie pamiętam z drogi z Dworca Zachodniego do Pruszkowa, natomiast mam w oczach scenę, która rozegrała się po dotarciu do obozu. Niemiecki żołnierz rozdzielał ludzi na dwie grupy. Ojca brutalnie odepchnął do grupy mężczyzn, a matkę ze mną i siostrą ustawiono po drugiej stronie. Patrzyłam na ojca, który próbował z daleka rozpaczliwie porozumieć się z mamą. Kobiety z naszej grupy zaprowadzono do dużej hali, w której na ziemi leżały maty ze spłaszczonych wiórów. Zajęłyśmy jedną z mat. Wokół było pełno dzieci, kobiet i osób starszych. Mamusia zdała sobie sprawę, że będziemy rozłączeni z ojcem na dłużej a w jego plecaku była większość naszych ciepłych ubrań natomiast w walizeczce, która została z nami jest ojca ciepła koszula i szalik. Zaczęła robić starania o wymianę tych rzeczy. W Pruszkowie działał Polski Czerwony Krzyż i za jego pośrednictwem starała się uzyskać kontakt z ojcem. Zwróciła się także do jakiegoś oficera niemieckiego w tej sprawie – mówiła dobrze po niemiecku. Pamiętam jak szłyśmy z tym oficerem wzdłuż nasypu kolejowego i jak mama potem mówiła, że był dla niej całkiem życzliwy. Niestety, nic to nie pomogło, ponieważ ojca od razu wywieźli do Niemiec. Po kilku dniach, zapakowano nas z mamą do wagonów towarowych i przywieziono do wsi Rozprza. Nie zostałyśmy tam długo. Powodem była biegunka na którą zaczęła chorować moja niespełna dwuletnia siostra. Mama podjęła trudną, a właściwie w tych warunkach szaloną decyzję o udaniu się do oddalonego o około 20 kilometrów Piotrkowa Trybunalskiego. Mieszkała tam nasza rodzina. Drogi tej nie zapomnę do końca życia. Szłyśmy trzy dni bocznymi duktami na noc zatrzymując się w wiejskich domach. Miałam prawie siedem lat. Podróż nasza wyglądała w ten sposób, że każdorazowo, po przejściu około 50 merów zatrzymywałyśmy się, mama zostawiała mnie z siostrą i wracała po bagaż z którym do nas dochodziła. Zostawiała bagaż, szłyśmy kawałek, zostawiała nas, wracała po bagaż, szła do nas. W pewnym momencie, zmęczona mama zdecydowała żeby siostra szła sama. Niestety, mała przewróciła się o wystający korzeń, rozbiła nos i musiałyśmy wrócić do poprzedniego systemu maszerowania. Puszkę z cukrem ciągle niosłam ja. Pod koniec drugiego dnia wędrówki, przed zachodem słońca, zostałyśmy z bagażami na skraju wsi, a mama poszła szukać noclegu. W pewnym momencie dobiegło do nas kilku żołnierzy niemieckich z karabinami, skierowanymi w naszą stronę. Struchlałam za strachu. Na szczęście przybiegła mama i dowiedziała się od tych Niemów, że szukają partyzantów. W Piotrkowie Trybunalskim przebywałyśmy krótko. Dom był pełen wypędzonych z Warszawy krewnych i znajomych. Przenocowałyśmy u sióstr zakonnych i wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Ostatnim etapem naszej tułaczki była Częstochowa, gdzie zameldowałyśmy się czternastego września. Zamieszkałyśmy w domu rodzinnym ojca przy Alei Najświętszej Marii Panny 42, a właściwie przy Adolf Hitler Al., 42 gdyż w tym mieście byli jeszcze Niemcy. Okupacyjne życie w Częstochowie było bardzo trudne. Aby w jakikolwiek sposób utrzymać sie, mama sprzedawała za bezcen swoje kosztowności. Za uzyskane pieniądze, kupowała w nocy chleb, który później rano sprzedawałam na ulicy. W dziecięcy sposób, byłam z tego dumna. Musiałam też starać się o mleko dla siostry. Kiedy trzeba było sprzedać ostatni pierścionek, mama postanowiła pójść z nami pomodlić się do kościoła. Nie widziała już żadnej nadziei. Kiedy dochodziłyśmy, niespodziewanie znalazłam leżący za balustradą mostku zwitek banknotów. Nigdy tak mocno mama mnie nie wycałowała. Z pierwszych dni po wyzwoleniu Częstochowy, pamiętam huk wystrzałów i leżące na ulicy zwłoki niemieckich żołnierzy. Nasze położenie materialne niewiele się polepszyło. Teraz zamiast chleba, sprzedawałam gazety. W czerwcu 1945 roku wróciłyśmy do Warszawy. Przyjechałyśmy pociągiem na Dworzec Główny, który mieścił się wtedy przy ulicy Towarowej. Wsiadłyśmy na jakąś furmankę, którą przez Aleje Jerozolimskie, ulicę Marszałkowską jechałyśmy w stronę Mokotowa. Był piękny, słoneczny dzień. Po drodze mijałyśmy czarno szare ruiny i zgliszcza. Nasze przedwojenne mieszkanie na Sandomierskiej było splądrowane. Ponieważ budynek przetrwał w prawie nienaruszonym stanie, dzięki staraniom mamy dostałyśmy pomieszczenie w innej części szkoły. Po pewnym czasie, dowiedziałyśmy się, że ojciec przeżył wojnę. Rodzice musieli podjąć trudną decyzję, ale ostatecznie w 1947 roku ojciec wrócił do nas, do Polski.

 

Zofia Boglewska - Hulanicka

 

 

 

 

 

 

 

avatar

Zofia Boglewska - Hulanicka

 

Zofia Boglewska - Hulanicka

 



Powrót do listy artykułów